Nie jesteś zalogowany.

1

poniedziałek, 8. październik 2018, 21:06

Sale Tallara - opowiadanie

Ten tekst nie został jeszcze ostatecznie ukończony, jestem w trakcie pisania ciągu dalszego.

Chciałam serdecznie podziękować wszystkim osobą które pomogły mi przy tworzeniu tej opowieści. Zrobiły mi zdjęcie instancji i innych lokacji do których nie mam wstępu. Pomagały, odpowiadały ma pytania.
Dziękuję wspaniałym ludziom z klanu Rycerze Gromy i Hydra. Jesteście niezastąpieni

****

Nad Równiną Obłędu grzała gwiazda Mirrou. Nawet późnym popołudniem temperatura był nie do zniesienia. Postawny magmar otarł pot z rozgrzanego czoła. Lorganel zaklną pod nosem. Na tych przeklętych przez Tallaara ziemiach nawet słońce mocniej grzało. Rozgrzany piasek chrupotał pod ciężkimi butami wojownika. Obok niego szedł dumnie Szalony dżacharał. Zwierz prychał wściekle i rozrzucał dodatkowo piasek wielkimi łapami. Był niezadowolony z panującego tutaj gorąca i jawnie pokazywał to, rzucając piasek prosto na nowe Cudowne Buty Jaszczura. Może i Zołzik* był silnym i walecznym zwierzem, ale był… wredny. Lorganel doskonale pamiętał, że kiedy jaszczur był małą oślizgłą jaszczurką, pierwszą rzeczą jaką zrobił po wykluciu z jaja, było dziabnięcie go w palec. I choć miał ochotę się go czasem pobyć, Zołzik był prezentem od kolegów z kanu.
Lorganel ponownie otarł pot z czoła. Strzepał też nowy piasek z butów.
Dżacharał nagle zatrzymał się. Uniósł wysoko głowę i cicho zawarczał.
-Co znowu? - Lorganel zwrócił się do wierzchowca z obojętnością. Byli nie daleko sal Tallaara. Jaszczur zatrzymywał się tak co kilkanaście metrów i warczał nie wiadomo na co. Cała Równina przepełniona była złowrogą aurą; dlatego rośliny uschły a zwierzęta uciekły, nawet gungi opuściły to miejsce. Zołzik nadal stał z uniesioną głową i nozdrzami węszył coś w przegrzanym i suchym powietrzu. W pewnym momencie opuścił łeb i kichnął. Nie daleko od nowych butów. Piasek zaleciał mu do nozdrzy.
- Parchaty jaszczurze! - krzyknął Lorganel – Bodajby cię Kościany Smok zeżarł…
Nagle za jego plecami rozległ się ryk. Obrócił się pośpiesznie, odruchowo sięgając po miecz, ale nie zdążył go nawet chwycić. Inny miecz wymierzony w tchawicę uniemożliwił mu to.
- Powinieneś być bardziej ostrożny – odezwał się Royan – jeden z najlepszych Bojowników z Chaosem. - Upał rozpuścił ci resztki czujności… - stwierdził. Promienie Mirrou odbijały się od pozłacanego pancerza jego Liliowego dżacharała. - Zwłaszcza na tym terenie…
- Wybacz – mruknął magmar – jest tak duszno, że nie jestem w stanie myśleć. Stało się coś? - zapytał nagle. To, że jeden z najsilniejszych Bojowników pojawił się tak nagle niedaleko Sal było niepokojące. W ogóle, same Sale były dość przerażające. Lorganel jako Bojownik średniej klasy był wyznaczony do patrolowania okolic Sal. Nie było to przyjemnym miejscem. Krzyki jakie się stamtąd wydobywały przyprawiały o dreszcze i paniczną chęć ucieczki.
Royan szturchnął dżacharała piętą w bok i zwierz obrócił się bokiem. - Doniesiono mi, że do sal zmierza grupka odszczepieńców…
- Wyznawców? - przerwał mu Lorganel. - Duża? Zamierzają znowu odprawić ten swój rytuał?
Grupa, a raczej kult wyznawców Tallaara i jak i on sam; stanowili poważne zagrożenie. Niszczycielska siła bożka zniszczenia sprowadzała złą wolę i siły Chaosu na świat Feo. Oni – Bojownicy z Chaosem - musieli temu zapobiec. Łapali wyznawców, zanim weszli do świątyni aby nie mogli odprawić swoich rytuałów. Jednak jak na razie nie przynosiło to żadnych widocznych efektów. Liczba jego wyznawców była większa niż się im zdawało.
Royan westchnął. Nie wiedział dokładnie. Informator z wysp Fej-Go nie potrafił dokładnie określić ilości.
- Z tego co wiem, nie jest do duża liczba. Około piętnastu osób.
Na chwilę między nimi zapadła cisza. Obydwa dżacharały wykazywały oznaki zdenerwowania i niepokoju. Zołzik rozkopywał łapami piasek, a Norja – dżacharał Royana – prychał i kręcił się nerwowo. Oba wierzchowce, wyszkolone do walki z Chaosem, wyczuwały go w pobliżu świątyni. Nie podobało im się to miejsce.
- Będziemy…? - pytanie Lorganela zawisło w powietrzu. Mimo, że nie skończył, to i tak Royan wiedział o co chodzi.
- Nie wiem, czy jest sens ich łapać – powiedział. Rozejrzał się po piaszczystym pustkowiu. Nad równiną górowała potężna świątynia. Nie wiedział, czy jest również okazała w środku, żaden z nich nie odważył się tam jeszcze wejść. Ludzie wewnątrz popadali w szał. Zabijali siebie nawzajem. - Na razie mamy poczekać na odszczepieńców i obserwować ich. Potem wracać do Awanpostu Północnego.
- Będzie zebranie? - zapytał Lorganel. Dawno takiego nie było. Sprawa robiła
się coraz poważniejsza.

Royan skinął jedynie głową w odpowiedzi. Ostrogami szturchnął boki Norjii, na co zwierz zareagował od razu przechodząc w szybki kłus. Lorganel nie powiedział nic. Chwycił łęk siodła i sprawnym ruchem wskoczył na grzbiet. Złapał skórzane wodze i idąc w ślady doświadczonego kolegi pogonił jaszczura do truchtu. Zatrzymali się kilkadziesiąt metrów dalej. Za jedną z zrujnowanych wież. Obiekt znajdował się na tyle blisko, aby zobaczyć wyraźnie wejście do świątyni i jednocześnie było w bezpiecznej odległości; dodatkowo zaciemnione przez inne ruiny.
Pozostawało tylko czekać.
...

Senahe podążała razem z innymi przez piaszczystą równinę. Miała wrażenie, że zaraz się rozpuści. Jako magmarka była przyzwyczajona do ciepła, ale miała wrażenie, że w tutaj grzało dwa razy mocniej. Strój, jaki miała na sobie, wcale jej nie pomagał. Ubrana w długą, czarną spódnice, czarną bluzkę z długim rękawem i mocno ściśnięty w pasie skórzany pas – również czarny – wale jej nie pomagały. Najgorszy był welon. Uszyty z czarnego – a jakże – materiału; atłasu, przytrzymywany na głowie prostym metalowym diademem, sięgał do samego końca pleców. Upięte włosy na karku, sprawiały, że całe plecy miała zalane potem.
Musiała się tak ubierać. Była odszczepieńcem. Wyznawczynią Tallaara. Nie z własnej woli.
- Senahe! - zagrzmiał mocny głos jej starszego kuzyna. - Podejdź tutaj!
Z wielki trudem przyśpieszyła, starając się nie myśleć o pęcherzach na stopach, powstałych od gorącego piasku. Najszybciej jak umiała podeszła na początek kolumny stając przy swoim kuzynie. Delbryan był od niej o sześć lat starszy i to on zajął się nią po śmierci jej rodziców, kiedy miała 15 lat. Był wojownikiem. Uczył się w Arenie Darntrongu.
- Tak? - zapytała, idąc obok niego. Musiała podwinąć spódnicę, aby nadążyć za jego krokami.
Twarz mężczyzny była obojętna. Nawet na nią nie spojrzał. - Kiedy będziemy w środku trzymaj się blisko mnie, póki nie poznasz szczegółów kultu. Masz się nie odzywać i być cicho! - jego głos przybrał osty ton.
Dziewczyna skinęła głową posłusznie i celowo zwolniła kroku, aby kuzyn ja wyprzedził. Nie nienawidziła go. To on kazał jej się tak ubierać, to on zadecydował, że ma zostać odszczepieńcem. To on uległ złej sile Chaosu i zboczył ze ścieżki prawego wojownika. I pociągną ją na dno. Każde pogardliwe spojrzenie rzucane na nią na ulicach bolało. Ale co miała zrobić. Aby wymusić posłuszeństwo Delbryan używał na niej lustra.
Maszerowali jeszcze półgodziny. W końcu z oddali zamajaczyła Świątynia. Senahe widziała ją po raz drugi, ale i tak zrobiła na niej takie samo wrażenie jak za pierwszym razem.
Cała grupa zatrzymała się przy schodach prowadzących do wejścia. Świątynia stała jakby w jakimś dole, zupełnie tak, jakby zrobiła go spadając z nieba, przykuta była do ziemi mocnymi łańcuchami, tak jakby chciano zapobiec oderwaniu się od ziemi. Senahe z trwogą patrzyła na zimny i czarny budynek świątyni.
Tak bardzo nie chciała tam wchodzić.
Jej kuzyn wyszedł na schody i zwrócił się do ludzi. Dziewczyna nawet go nie słuchała. Patrzyła w piasek pod nogami i starała się nie myśleć co będzie działo się w wewnątrz budynku.
Szał. Wszyscy wpadną w szał i będą zabijać. Sami siebie złożą w ofierze.
Delbryan skończył przemawiać. Odwrócił się i zaczął wchodzić po kamiennych schodach. Reszta tłumy podążyła za nim z poważnymi minami wchodząc do góry. Kobiety podwijały czarne spódnice i pochylonymi głowami szły. Senahe stała w miejscu i nie była w stanie się ruszyć. Postąpiła na przód pchnięta przez tłum. Drżącymi rękami złapała materiał spódnicy i zaczęła wchodzić po schodach.
Kiedy była już na samej górze, zauważyła, że przy wejściu stoi jej kuzyn. Przygarbiła się, chcąc go uniknąć i przemknąć do wnętrza. Nie zdążyła, bowiem, kuzyn złapał ją boleśnie za rękę i przyciągnął do siebie.
- Pójdziesz ze mną – warkną.
- Dlaczego? Czy to takie ważne? I tak prawdopodobnie już nie wyjdziemy…
- Głupia! Podczas wejścia do sali rzuca każdego do innej bramy; musimy trafić do bram prowadzących do jednej sali! Z świątyni wyjdzie tylko jedna osoba.
Nic już więcej nie powiedział. Senahe doskonale wiedziała co to dla niej oznacza. Kuzyn ją zabije, bo jest najsłabszym przeciwnikiem. To było niesprawiedliwe. Wojownicy zbierali zwykłych ludzi do świątyni i zabijali ich jako proste ofiary. Dla nich nie byli żadnym przeciwnikiem.
Za drzwiami był mały przedsionek, stało w nim około dziesięć osób. Senahe wiedziała, że w rytuale może brać naraz jedynie dziesięć osób; pozostałe muszą czekać. Mimo, że wciąż nie weszli do świątyni i dwie osoby mogły by wejść, to i tak domyślała się, że jej kuzyna – jako wojownika – przepuszczą pierwszego.
Razem z kuzynem, który ciągle trzymał ją za rękę, przestąpili wejście do Sal. Od razu poczuła szarpnięcie, jakby całego ciała. W pierwszym momencie zamknęła oczy ze strachu.

_____________
Opowiadanie jest oparte na grze MMORPG http://warofdragons.pl/. Nie jestem właścicielem wykreowanego świata.
Autor: Agnieszka B. aka Reita

2

poniedziałek, 8. październik 2018, 21:11

Lorganel zamrugał. Gwiazda nadal świeciła wysoko nad ich głowami. Doniesienie o zmierzającej grupce wyznawców okazało się prawdziwe. Było ich około dwudziestu osób. Do świątyni weszli wszyscy, jednak zauważył. Że w małym przedsionku jest około dziesięć osób.
- Czekają – zauważył cicho Royan.
Młodszy magmar zmarszczył czoło. - No tak. W środku może być maksymalnie dziesięć osób...
Między nimi zapała cisza. Młodszy Bojownik odwrócił się, aby spojrzeć na dwa wierzchowce. Oba dżacharały wylegiwały się w cieniu ruin, Zołzik machał leniwie ogonem, przewalając przy okazji piasek, natomiast Norja drzemał. Pod jego pyskiem utworzyła się mała dziura, utworzona przez powietrze wydostające się z nozdrzy. Wierzchowce wydawały się zadowolone z chwili odpoczynku. Lorganel znowu skierował wzrok na złowrogi budynek.
Świątynia samym wyglądem budziła przerażenie. Lorganel był jeszcze młodym adeptem Bojowników, ale wiedział, że Świątynia to nic dobrego. Dobrym wyjściem byłoby ją zburzyć, ale Chaos był w niej tak silny, że ich czary i rytuały niewiele dawały. Byli w potrzasku. Mogli by spróbować rozwalić ją ośrodka, ale na razie nie byli pewni jak wejście do środka na nich samych zadziała. Był ryzyko, że zaatakują sami siebie. Lorganel podejrzewał, że to rozwiązanie ostateczne, kiedy wszystko inne zawiedzie. Najbardziej było mu szkoda tych ludzi. Oni idą tam nieświadomie. Wpaja im się, że idą składać ofiarę, a tym czasem to oni sami są tą ofiarą. Tak wykorzystują ich wojownicy, jako łatwy łup aby zaskarbić sobie większa łaskę i męstwo.
- Widziałeś tę kobietę? - odezwał się nagle Royan. - ta co wchodziła na końcu.
- Tak – powiedział cicho młodszy magmar. - Nie była szalona – stwierdził, a potem dodał – jeszcze.
Royan mruknął potwierdzająco. Wszyscy odszczepieńcy popadali w obłęd. Nie było wiadomo, jak to się dzieje, skoro większość z nich nigdy w Salach nie była; możliwe, ze było to działanie celowe. Zwycięzca, zawsze wojownik, zapewne pobierał siłę Tallaara i nią ‘ogłupiał’ ludzi. Prawdopodobne, Bojownicy nie mogli odkryć co odpowiada za tak gorliwą… wiarę.
- Dziewczyna nie wydawała się ogłupiona… - mruknął Royan.
- Myślisz… - zaczął Lorganel, ale starszy bojownik znowu mu przerwał.
- Liczą, że łatwiej będzie im ją zabić. Będzie przerażona, szybko się podda – rzekł ponurym tonem. - Wczoraj nie miałeś patrolu, ale inni tak, prowadzi kilkoro takich nieogłupionych.
Za chwilę między nimi zapadła cisza. Lorganel nie widział twarzy kobiety, ale mógł śmiało sądzić, że była młoda. Zastanawiał się, czy przyszła tutaj z własnej woli, ale to byłoby nie możliwe, nikt z własnej woli i przy zdrowych zmysłach nie wszedł by do sal.
- Musi być przerażona… - powiedział cicho.
Royan kiwnął głową. - Tylko ona się tak zachowywała. Inni wyglądają na zagorzałych wyznawców.
Znowu zapadła między nimi cisza. Lorganela bolała świadomość, ze ta młoda magmarka nie wyjdzie już z świątyni. Zginie rozdarta przez szaleńców. Żałował jej, żałował każdego, kto wszedł do środka. Tak sam jak reszta bojowników.
- Mamy tutaj tak siedzieć i czekać? - zapytał nagle młodszy z bojowników.
- A co mamy zrobić? - szybko odparł Royan. - Mamy we dwóch zakatować grupę szaleńców?
Ruchlan nie podjął jeszcze decyzji co zrobić za świątynią. Były wśród nich głosy mówiące aby ją zaatakować, ale strażnik nie był pewny co do tej decyzji. Ale wszyscy zdawali sobie sprawę, że za sprawą świątyni coraz więcej sił Chaosu spada na świat.

I choć Lorganel współczuł kobiecie, nie mógł nic zrobić by jej pomóc. Słowa starszego Bojownika były prawdziwe. To grupa szaleńców. Nawet z dwoma wierzchowcami mogli nie dać rady.
Na potwierdzenie tych słów Zołzik kichnął głośno. Obsypał go przy okazji piaskiem.

...

Senahe obudził ból. Bolały ją plecy. Otworzyła oczy. W pomieszczeniu w jakim się znajdowała. Oświetlane jedynie nielicznymi pochodniami tonęło w półmroku. Po oby ścianach stały rzędy ogni i oświetlało pomieszczenie. Nisko położone misy z ogniem rzucały światło na kamienna podłogę. Otumaniona strachem i bólem spojrzała na zakurzoną, kamienną podłogę.
Krzyknęła głośno.
Przerażona, całkowicie ignorując ból, podniosła się z podłogi. Bojąc się wyprostować, w jakimś idiotycznym odruchu, który zadawał złudne poczucie bezpieczeństwa, który dawała pochylona sylwetka rozejrzała się po pomieszczeniu.
Nie dało się rady dostrzec sklepienia. Było skąpane w mroku. Niemal cała podłoga była zachapana krwią. Szlak z posoki prowadził z – albo do – wrót przed nią. Otoczone po obu stronach schodami, prowadzącymi donikąd, ginęły w górze. Mimo zdobień na ścianie za bramą i samej bramy sala była paskudna i napawająca lękiem.
Nie wiedziała co zrobić. Drżąc, poruszyła się do przodu w stronę bramy. Nie chciała tego, ale jakaś nadludzka siłą ciągła ja tam. To było straszne. Siła Chaosu ciągnęła ją po chodach zalanych lepką jeszcze krwią. Z łzami w oczach przekroczyła bramę. Sala do której weszła była duża… potężna. Otumaniona zeszła po kamiennych schodach, stając w końcu na kamiennej podłodze.
Salę oświetlały tylko cztery pochodnię. Najmocniejszym źródłem światła poza pochodniami było zielone światło emitowane przez kryształ umieszczony wysoko w górze, nad czymś… co przypominało wnękę. Były tam kraty. Nie dało się tego opisać. Sala tonęła w półmroku i ciężko było jej cokolwiek zobaczyć.
Czuła się bezsilna. Domyślała się co ją czeka. Śmierć. Okrutna śmierć z rąk jej kuzyna.
Kiedy udało jej się choć trochę opanować strach, podeszła do jednej z bocznych bram, potykając się o kamienie. Mimo całego swojego marnego położenia nie chciała tak zwyczajnie czekać na śmierć. Podejrzewała że to wejście z sali, skoro schody po obu stronach wnęki prowadziły do tego pomieszczenia w którym się obudziła. Przejście do którego się zbliżyła zionęło pustką. Nieprzenikniona czerń, nie dało się nic zobaczyć. Wyciągnęła rękę i skierowała ją w tamtą stronę, ale w tym momencie poczuła falę bólu. Z krzykiem upadła na podłogę na środku sali.
Ponowiła próbę, ale znowu odrzuciło ją na środek.
Z oczu pociekły łzy. Nie mogła stąd wyjść. Jej czarna spódnica pokryła się kurzem i plamami krwi. Upadła na podłogę i nawet nie próbowała zatrzymać łez. Umrze. Umrze tutaj w tej sali. Jej kości zmurszeją tutaj i pozostaną tutaj do końca świata. Nigdy nie będzie szczęśliwa, nigdy nie będzie kochać, nigdy już…
- Nareszcie…
Skuliła się jeszcze bardziej. Delbryan pojawił się w sali. W odruchu złapała za kamień leżący obok jej dłoni. Zdawała sobie sprawę, że nie zda się to na wiele, ale pocieszała ją myśl, że ma cokolwiek co może ją obronić.
- Trafiliśmy do innych sal, ale zostałaś tylko ty. Tym lepiej.
Magmarka szybko się podniosła i zacisnęła dłoń na kamieniu. Zwróciło to uwagę Delbryana. Zaśmiał się tylko na to głośno. Chwycił mocniej w dłoni Młot Odwetu i zamachnął się na nią.
Dziewczyna z piskiem odskoczyła w lewo. Znowu potknęła się o jeden z kamieni. Zachwiała się, ale nie przewróciła się. Z stopy spadł jej but ale nie miała czasu się po niego cofnąć. Zerwała się do biegu.
- Co ci to da?! - usłyszała jak jej kuzyn krzyczy i rusza za nią. - I tak ze Sali wyjdzie jedno. Ty nie jesteś wojownikiem, nawet jak wygrasz nie będziesz w stanie wyjść! - zaśmiał się. Ten śmiech brzmiał obrzydliwie. Zamknęła oczy i biegła na oślep.
Nawet nie zauważyła kiedy się przewróciła. Bosa stopa trafiła na kałużę krwi. Upadła na podłogę z krzykiem zamarłym w gardle. Nie zdążyła się podnieść.

Nad sobą usłyszała świat powietrza. Młot Odwetu zawisł nad nią, błyszcząc w świetle pochodni.
- Wygrałem – oznajmił zwycięsko Delbryan.
Młot runął na ziemię. Wzbił przy tym tuman kurzu. Senahe udało się szybko wstać. Zapewne w szoku. Na czworaka zaczęła uciekać. Bałą się, że jeśli spróbuje wstać uciekną jej cenne minuty. Kuzyn z przekleństwem na ustach ruszył za nią. - I tak nie uciekniesz! - krzyknął. Senahe wiedziała że za nią biegnie. Nie miała szans. Nawet ten kamień w jej dłoni na nic się nie zdał.
Poczuła ból w lewym boku, a potem ktoś kopniakiem położył ja na plecach. Na sobą zobaczyła wściekła twarz kuzyna. - Dlaczego nie możesz umrzeć!? - młot znowu zawisł w powietrzu.
Z gardła Senahe wydobył się krzyk. W jakimś głupim odruchu rzuciła kamieniem trzymanym w dłoni. Nawet nie wiedziała po co. To był taki odruch. Można go było nazwać szczęśliwym.
Kamień trafił go oko. Zgiął się w bólu a młot poleciał z hukiem na podłogę. Dziewczyna zobaczyła w tym swoją jedyną i ostatnią szansę. Wstała i drżącymi dłońmi chwyciła za młot. Był niewyobrażalnie ciężki. Zmusiła się jednak, aby go podnieść. Nie była w stanie unieść go wysoko ale zamachnęła się i uderzyła Delbryana w dół pleców. Mężczyzna z krzykiem zaskoczenia zwalił się podłogę. Ostatnimi siłami uniosła młot jeszcze raz na niedużą wysokość i uderzyła go raz jeszcze.
Nie widziała gdzie uderzył młot. Zamknęła oczy. Potem puściła młot i rzuciła się biegiem w stronę bramy, do której wcześniej usiłowała wejść. Teraz jednak jej nie odrzuciła. Nie chciała się zastanawiać czy zabiła kuzyna, wolała o tym nie myśleć. Musiała jakość się z tego wydostać. Z tego przeklętego budynku. Biegła po korytarzu, nawet nie zauważyła, kiedy zgubiła drugi but. Boso, po zakurzonych korytarzach, nasłuchując jedynie czy ktoś nie biegnie za nią. Przebiegała przez inne sale, za wszelką cenę usiłując nie patrzeć na leżące w nich zwłoki.

_____________
Opowiadanie jest oparte na grze MMORPG http://warofdragons.pl/. Nie jestem właścicielem wykreowanego świata. Bohaterowie(Jerian, X’rphe, Tseitsan, babka, Strażnik magii) występujący w tekście są moim pomysłem.
Autor: Agnieszka B. aka Reita

3

poniedziałek, 8. październik 2018, 21:18

Biegała… biegała… biegała!
To zdawało się nie mieć końca. Oglądała te sale i każda z nich była taka sama. Widziała że jest w innej po różnych zwłokach leżących w salach. Płakała. Biegała i płakała coraz głośniej.
Upadła. Jej spódnica była szara od kurzu, tak samo jak reszt ubrań. Welon na głowie był rozdarty. Na nogach, rękach i twarzy były ślady krwi. Nie wyjdzie stad nigdy. Zacisnęła dłonie z bezsilności. Przypomniały jej się słowa kuzyna. Delbryan żył; albo miał rację i nie umiała wyjść ze świątyni. Nie mogła zmusić się by wrócić i dobić mężczyznę. Miała nadzieję że sam ją znajdzie i dobije, jeśli żyje. Nie chciała się już ruszyć. Nie miało to dla niej sensu.
Nagle ogarnęło ją to samo uczucie. Identyczne, jak to, po którym obudziła się w tej dziwnej bramie. Nie przejęła się tym jednak. Zignorowała to.
Poczuła szarpnięcie w brzuchu i znowu ogarnęła ją pustka. Pogrążyła się w niej z przyjemnością.


Poczuła wiatr na twarzy. Podmuchy suchego wiatru targały zakurzonym welonem na głowie. Z trudem otworzyła oczy. Widziała schody z czarnego kamienia i piasek.
Piasek? Pytanie pojawiło się w jej głowie. Tutaj było tyle piasku…?
Otworzyła szerzej oczy. Światło. Nie było tutaj tak ciemno… Wyszła ze świątyni! Wstała szybko, krzywiąc się z bólu. Stała na szczycie schodów, przed wejściem. Zatoczyła się z emocji, niemal spadając. Nie było tam żadnych ludzi. Czyżby umarli? Nawet jeśli, to co ona może zrobić?
To była jej szansa na ucieczkę. Podwinęła spódnicę i szybko zbiegła ze schodów. Nagrzany kamień parzył jej stopy, ale nie zwracała na to uwagi. Musiała uciekać. Jeśli Delbryan żył, na pewno będzie jej szukał. Po tym co mu zrobiła, nie zostawi jej teraz.
Postawiła stopy na piasku i chwiejąc się, zaczęła uciekać. Nawet nie patrzyła w jakim kierunku biegnie. Piasek był nagrzany i drażnił stopy, ale im dalej była od świątyni tym bezpieczniejsza się czuła.
Nagle coś ją powaliło. Upadła z krzykiem. Nad sobą słyszała tylko ryk i odgłos kłapania zębami. Do piasku przyganiał ją dżacharał. Niebieskie łuski mieniły się w słońcu tak samo jak metalowa zbroja. Z gardła wierzchowca wydobył się ryk.


Lorganel drzemał oparty o ruiny. Royan na początku trzymał straż, ale widać było, że jego też to nudzi. Norja teraz spał, zakopany w piasku, natomiast Zołzik drzemał, jednym okiem łypiąc na niego. Pewnie nadal był obrażony.
Nagle jaszczur podniósł łeb, a Norja gwałtownie otworzył oczy i rozdął nozdrza, nerwowym ruchem unosząc łeb ale zaraz znowu położył go na wyciągniętych łapach, prychając tylko. Zołzik wstał tak szybko i pobiegł do przodu, o mało nie miażdżąc łapami nóg Royana. Bojownik poderwał się z miejsca i spojrzał na Lorganela jakby widział go po raz pierwszy. Młodszy bojownik ruszył za jaszczurem nie bardzo wiedząc o co jaszczurowi nagle odbiło.
Kiedy obaj z Royanem usłyszeli krzyk kobiety spojrzeli po sobie i natychmiast wybiegli zza skał. Zołzik powalił tą dziewczynę, co wchodziła do sal. Rozpoznał ją natychmiast; mimo kurzu i krwi. Wierzchowiec przygniatał ja łapami do ziemi, sycząc i szczerząc zębiska. Lorganel miał ochotę ukręcić łeb wierzchowcowi.
- Złaź z niej! - krzyknął, podchodząc do wierzchowca. Złapał za skórzane wodze i pociągną za nie, odciągając zwierza. Zołzik musiał czuć od niej energię Chaosu, dlatego był tak zawzięty. - Złaź, albo oddam cię do Sojgury! Przerobi cię na pas! - szarpnął za wodze. Wędziło uderzyło o zęby; pod wpływem siły Lorganela i bólu zadanego kiełznem, Zołzik cofnął się. Odszedł kilka kroków za Lorganela, parskając i prychając. Royan zbliżył się do dziewczyny i podał jej swoją dłoń, pomagając wstać. Wydawała się tylko nieszkodliwą dziewczyną, ale mięśnie bojownika pozostały napięte i gotowe by w każdej chwili zadać cios.
Senahe, z obawą, chwyciła dłoń magmara. Siła wojownika szybko podniosła ją do pionu. Lorganel stal obok starszego wojownika i czujnie obserwował kobietę. Obydwa wierzchowce z pozoru spokojne, zachowywały czujność. Magmarka wydawała się mieć nie więcej niż dwadzieścia pięć lat, nie wyglądała na szaloną, w czarnych oczach nie było oznak szaleństwa. Szeroko otwarte patrzyły ze strachem. Lorganelowi pomimo kurzu i czarnych szat kobieta wydawała się ładna. Ogniście czerwone włosy i żółty kolor skóry z czerwonymi żyłkami sprawiały wrażenie, że dziewczyna cały czas płonęła.
- Kim jesteś? Jak masz na imię i co tutaj robisz? - Royan podejrzewał, ska wzięła się na tej pustyni, ale musiał zadać to pytanie. - Uspokój się, już nic ci nie grozi – dodał spokojniej.
Senahe wodziła wzrokiem od jednego magmara do drugiego. Bała się że w każdej chwili z Sal wyjdzie jej kuzyn i ją zabije. Zauważyła dwa dżacharały, czujne zwierzęta obserwowały sytuację kątem oka.
- Jak masz na imię? - powtórzył pytanie Royan. - Nie musisz się już bać…
Kobieta po krótkiej ciszy powiedziała cicho: - Senahe
- Co robiłaś w salach? - Zapytał Royan. Noria wstał ze swojego miejsca i czujnie obserwując magrarów podszedł do bojownika i stanął obok niego. Jego ogon ciął powietrze, posyłając przy tym ostrzegawcze pomruki. Zołzik stał dalej, powarkując i szczerząc kły. Lorganel obawiał się że zwierz zaatakuje, nie mógł go odwołać – pozbycie się wierzchowca mogło być niebezpieczne. Ktoś mógł ich zaatakować.
Royan usiłował wydobyć jakiekolwiek wyjaśniania od dziewczyny. Była tak przerażona że nie była w stanie wydusić żadnego słowa. Patrzyła tylko z paniką na obydwu wojowników i dwa dżacharały i poza kilkoma słowami nie udało się niczego wydusić. Jej dłonie drżały tak mocno, że prawie było słychać klekot kości.
Lorganel ją rozumiał – była w salach, przeżyła największy szok w swoim życiu. A teraz przesłuchiwało ją dwóch uzbrojonych po zęby wojowników z dżacharałami pod ręką. Była w takim szoku, że teraz nic nie powie, nie będzie w stanie prawdopodobnie przez najbliższe kilak dni.
- Lorganel – usłyszał swoje imię – zabierz ją do Ruchlana. On będzie lepiej wiedział jak ja uspokoić po czymś takim, na najwięcej doświadczenia z Chaosem – Royan skierował wzrok w jego stronę. - Najlepiej jedź już – dodał, po czym zwrócił się do dziewczyny: - mój kolega zawiezie cię do naszego… przywódcy – poszukał odpowiedniego słowa, kobieta nie miała zapewne pojęcia kim są Bojownicy. - On ci pomoże się uspokoić i zada kilka pytań a potem odstawi do domu. Wszystko będzie dobrze – zapewnił ją, zbliżając się do niej i kładąc jej dłoń na ramieniu.
Lorganel zastanawiał się, czy faktycznie będzie dobrze. Czy dziewczyna nie zatraci się w szaleństwie.

...

Dom?
Do jakiego domu ją odstawią? Przecież nie ma już domu. Czy tym dwóm mężczyznom można zaufać? Przeczucie podpowiadało jej że tak. A ona nie mogła zrobić nic innego jak tylko im zaufać; Delbryan ją zabije – to była rzecz pewna; jedyną zmienną miał być czas w jakim miło się to dokonać. Jeśli pójdzie z nimi jesz szansa, że jej nie dopadnie.
Bo chciała żyć.
Uwolnić się od kuzyna, od jego rodziny, która przyjęła ją po śmierci jej rodziców. Zabiły ich Ogniste Pajęczynce pewnej czerwcowej nocy, piętnaście lat temu. Od tamtego czasu Senahe mieszkała u rodziców Delbryan we Wsi Zwigłód. Od tamtego czasu w jej życiu wszystko przestało się układać. A teraz wisiało nad nią widmo zemsty za zniewagę honoru kuzyna na polu bitwy.
Drgnęła kiedy dłoń magmara dotknęła jej ramienia. Zapewne gest miał ja uspokoić, ale nie pomógł. Wystraszyła się, ale na twarzy magmara widniał uspokajający uśmiech. Dopiero teraz się im przyjrzała. Magmar nazywany Lorganelem miał ciemnopomarańczową skórę, prawie czerwoną, z wyraźnymi żyłami lawy. Włosy koloru złota miał spięte w kucyk sięgający karku. Wyraz jego twarzy był spokojny, przyglądał się jej zaciekawiony. Ta ciekawość w jego zielonych oczach była taka inna od niechęci i obrzydzenia jaka zazwyczaj gościła na twarzach osób które znały ją we wsi. To było… nawet miłe.
Drugi strażnik, jak go sobie nazwała w myślach, miał skórę w odcieniach zielonego koloru poprzetykaną złotymi żyłami. Czarne włosy miał krótko ostrzyżone, zapewne aby wygodniej było nosić ciężki hełm. Ich ciała odznaczone były silnymi mięśniami; a zbroje lśniły w słońcu.
Tak, na pewno może im zaufać.
Powoli pokiwała głową na znak że rozumie. Nie bała się iść z nimi. Nie czuła strachu przed nieznanym. Na ustach magmara o zielonej skórze pojawił się uśmiech. Odszedł od niej kilka kroków, stając twarzą w twarz z drugim magmarem. Coś szybko mu tłumaczył, nie dając dojść do słowa temu o złotej skórze. Mógł on tylko kiwać głową z akceptacją słów jego dowódcy, jak mogła się Senahe domyślać.
Była zmęczona, najchętniej położyła by się na tym pisku i zasnęła. Było jej tak okropnie gorąco, że ledwie mogła wytrzymać. Pot lał się po jej plecach strumieniami. Było jej duszno i słabo. Chciała aby to wszystko się skończyło.
_________
Opowiadanie jest oparte na grze MMORPG http://warofdragons.pl/. Nie jestem właścicielem wykreowanego świata.
Autor: Agnieszka B. aka Reita

4

poniedziałek, 8. październik 2018, 21:24

Lorganel słuchał uważne instrukcji jakich udzielał mu Royan. Miał ją zabrać do Ruchlana i wszystko mu dokładnie opowiedzieć. Od momentu jego patrolu do chwili dotarcia do twierdzy. Kazał mu uważać, małe były szanse że dziewczyna ucieknie, ale ostrożność nigdy nie zaszkodziła nikomu – takie było jego z porzekadeł Royana. Lorganel zamierzał go przestrzegać i uważać na dziewczynę. W pewnym sensie była teraz ważnym świadkiem, była w świątyni może była w stanie powiedzieć coś więcej o samej świątyni od środka. Tyle możliwości.
O ile ta młoda dziewczyna nie oszaleje.
Zaraz po udzieleniu instrukcji, dosiadł Norję i szybko odjechał od obozu Bojowników stacjonującego niedaleko Równiny Obłędu. Obozowanie na tych przeklętych ziemiach nie skończyło by się dla nich dobrze. Lorganel patrzył za nim przez chwilę, jak znika za starymi runami.
Westchnął.
Przywołał Zołzika, a gdy gad z ociąganiem podszedł złapał za skórzane pasy u wędzidła przyciągając go do siebie. Gad szerzył zęby, warcząc cicho. Pazury zwierzęcia bez przerwy szurały po piasku. Niebieskie i złote łuski niebezpiecznie nastroszone mieniły się w słońcu. Lorganel wiedział że jazda z dziewczyną na Zołziku będzie trudna; nadal było od niej czuć siłę chaosu. Miał tylko nadzieję że wierzchowiec nie oszaleje całkowicie i nie zaatakuje. Wierzył w umiejętności Orfina, ale instynkt to instynkt.
Złapał mocno za wodze i ściągnął je, napinając kiełzno w pysku dżacharała.
- Możesz siadać na siodło – spokojnym głosem zwrócił się do dziewczyny. - Nie zrobi ci krzywdy.
Senahe patrzyła na zwierza i zastanawiała się co zrobić. Czy wsiadać czy może lepiej iść obok niego. Każda z opcji wydawała się jej gorsza od drugiej. Nie całe dwadzieścia minut temu tan jaszczur rzucił się na nią kłapiąc zębami i o mało nie zabijając. A teraz ona miała na nim jechać wierzchem? Była sceptycznie nastawiona do tego.
- Możesz być spokojna, nic ci nie zrobi – zapewnił Bojownik, mocniej ściskając wodzę. Co prawda nie mógł być tego całkowicie pewien, patrząc po zachowaniu gada, ale żywił nadzieję że podróż uda im się przetrwać bez problemów. Nie chciał zmieniać wierzchowca, mogły ich napaść gungi w Piekielnej Przełęczy, a Zołzik był wykluty to walki z nimi. - Zachowuj się spokojnie i podejdź do mnie – poprosił.
Kobieta z ociąganiem, ale jednak się poruszyła. Ze strachem podeszła do mężczyzny i stanęła obok niego. Pomógł jej wziąć na siodło. Zołzik szarpnął się mocno, prawie wyrywając bark. Zadarł głowę do góry, zbroja na jego placach o mało nie uderzyła Senahe w głowę. Ostre kolce o mało nie poraniły jej twarzy. Ryzykował że wierzchowiec rzuci się na nią, ale był mu też potrzebny. W razie ataku na nich dwoje. Było to ryzyko konieczne w tej chwili.
- Staraj się siedzieć spokojnie – polecił, siadając za nią. - Trzymaj się łęku siodła.
Złapał mocniej za wodze i lekko uderzając piętami w boki jaszczura nalazł mu iść. Zołzik zerwał się i szybkim truchtem pognał przed siebie. - Udamy się do Przełęczy, a stamtąd do Fajtir a potem na wyspę – oznajmił. - To trochę okrężna droga ale inaczej się tam nie dostaniemy.
Senahe nie odezwała się. Miała mętlik w głowie. Informacje i urywki wspomnień z Sal – nadal tak świeżych, przez co jeszcze bardziej okropnych. Nawet jeśli, to co by mogła powiedzieć? Gardło miała tak ściśnięte ze strachu że nie wydobył by się z niej żaden dźwięk.
Jaszczur biegł miarowym krokiem. Słońce paliło ich w plecy, jednak to było inne, promienie sprawiały wrażenie jakby lżejszych. Opuścili już dawno Równinę obłędu, a jakieś piętnaście minut temu minęli Czońską Osadę. Teraz podróżowali przez ponure góry Przełęczy. Senahe z oddali widziała błąkające się między skałami gungi i słyszała ujadanie psów demonów wyszarpujących sobie nawzajem kości.
To było takie dziwne. Czy to stało się w świątyni… stało się naprawdę? Czy to tylko wytwór jej umysłu? Nie wiedziała, nie umiała teraz odróżnić prawdy od snu. Jej myśli krążyły od Delbryana po ujadające gdzieś w górach psy. Nie patrzyła nawet przed siebie, jechała ze spuszczona głową, mocno trzymając się łęku siodła, pustym wzrokiem wpatrując się w pancerz z pęcherzykowatego metalu i łuski poruszające się razem z mięśniami na plecach i bokach gada. Przez całą drogę prychał i warczał, łypiąc na nią nią jednym okiem. Ale nie przejęła się tym, nie bała się jakoś. Za sobą czuła ciepłe ciało Lorganela i wiedziała że nie pozwoli aby jaszczur są zjadł. Obecność magmara uspokajała ją, świadomość że nie jest sama wpływała na nią kojąco. Był taki inny niż Delbryan. Mimo że go nie znała to czuła to.
Takie rzeczy się czuje.
Po kolejnych dwudziestu minutach jazdy poczuła na twarzy podmuch ciepłego wiatru. Zaskoczona i zaciekawiona podniosła głowę. W dole, na równinie zobaczyła portal. Biło od niego ciepło; ciepło samej magii sprawiającej go w ruch. Senahe z zaciekawieniem przyglądała się czarnej dziurze ziejącej na środku portalu między kolumnami. Czarna przepaść wirowała między kolumnami wzbudzając fale ciepłej magii która rozchodziła się po górach. Przepaść była czarna i upiorna, wydała się wsysać, im dłużej się na nią patrzyło można było odczuć lęk, jednak… było w tym coś fascynującego. Z drugiej strony ta czerń zdawała się wołać, przyzywała do siebie. Wołała nie mówiąc co czeka po drugiej stronie.
Senahe skuliła się w sobie. Całą drogę siedziała sztywno w siodle, lękając się nawet oddychać. Pogrążona w myślach nie zwracała zbytniej uwagi na otaczający ją świat.
Lorganel także milczał. Jego myśli dryfowały ale w inną stronę. Co z tego wyniknie? Pytanie to nieustannie krążyło po jego głowie, rozbijając się nie przyjemnie i nie chcąc go opuścić. I tak ostatnie słowo należało do Ruchana w sprawie świątyni, a pod uwagę należało wziąć wiele czynników. Teraz jednak sytuacja mogła ulec zmianie. Ona tam była, widziała świątynię od środka i opuściła ją nie popadają z szaleństwo. Im dłużej o tym wszystkim myślał, tym więcej pytać bezczelnie mnożyło się w jego głowie. Co opowiem im dziewczyna, co jej zeznania wniosą do sprawy, co…? Co…?
Tyle pytań, a żadnych odpowiedzi.
Coraz bardziej zbliżali się do portalu. Łapy jaszczura pewnym krokiem opierały się na się skale. Zwierzę kierowało się w stronę portalu. Jego łeb nieustannie wędrował na boki i powarkiwał; zauważałam gungi. Ich zapach i odór Chaosu powodowały u niego atak wściekłości i chęć mordu. Wykluty do walki z nimi miał nieustanną chęć zabijać te stwory. Metalowe wędziło mocno trzymało do w ryzach, kierując tam gdzie rozkazał Lorganel. Bojownik cały czas uważnie pilnował Zołzika. Bał się że zwierz nagle się zerwie i zrani dziewczynę. Wystarczyło by aby poderwał łeb do góry. Ostre części jego pancerza przebiły by głowę Senahe na wylot.
Lorganel tak samo jak jego towarzyszka poczuł przed chwilą uderzenie ciepła. Choć wiedział że zbliżają się do przełęczy zanim poczuł magię. Wędrował już tymi górami tyle razy przez ostatnie lata że znał je na pamięć. Każdy kamień i każda uschłą gałąź. Jak już przekroczą portal będą musieli zamienić wierzchowca na innego. Na przedmieściach stolicy nie ma sensu podróżować na Dżachrale, tam nie będzie już gungów, nie będzie ryzyka że ich zaatakują. Kiedy znajdą się w fajtir będzie musiał jak najszybciej znaleźć się z dziewczyną w porcie a stamtąd popłynąć na Fej-Go.


Zeszli na płaskowyż. Senahe zaskoczyło to miejsce. Nie było tutaj tak… cicho jak w górach. Co jakiś czas zdawało się słyszeć warkot psów i okrzyki bojowe gungów. Także głosy magmarów między namiotami i ruinami. Nie pamiętała czy tak samo było w Czońskiej osadzie, ale zapewne tak. Szczęk miecza, okrzyki padających gungów, psy walczące o kości, śmiech magrmarów – to wszystko sprawiło że poczuła się lepiej. Była wśród innych magmarów, w pewien sposób poczuła się bezpieczna. Lorganel również się uspokoił. Gdyby zaczęła uciekać albo stało się coś innego, było tutaj tyle osób że na pewno by ją złapali. Odwzajemnił kilka gestów pozdrowienia od znajomych, żałując że nie może zamienić z nimi choć słowa, ale był w trakcie misji. Bardzo ważnej misji.

- Przejedziemy przez portal wierzchem – oznajmił Lorganel. - Potem zmienimy wierzchowca i pojedziemy do portu.
Dziewczyna nie odezwała się, pokiwała jedynie głową. Bojownik spojrzał na nią kątek oka. Jej twarz była spokojna, skupiona. Siedziała prosto, ale delikatne ruchy głowy wskazywały na to że dyskretnie rozgląda się na boki. Przez całą drogę nie odezwała się ani słowem. Magmar był ciekawy o czym tam rozmyślała. Zapewne się bała, ale co takiego chodziło jej po głowie. Dlatego zdecydował się przejść przez portal wierzchem. Dzięki temu małe były szanse że dziewczyna ucieknie, zawsze jednak warto być ostrożnym. Gdyby przypadkiem mu się wyrwała w osadzie z łatwością mogłaby się zmieszać z tłumem, nawet w swoich czarnych ubraniach.
Zbliżyli się do portalu. Jaszczur warknął i pociągnął łeb do przodu, przy okazji pociągając za sobą Lorganela. Tan zaklną i szarpnął zwierza. Czasami naprawdę zastanawiał się czy jego koledzy z klanu wybrali dla niego najbardziej złośliwe wyglądające jajo, z mającym dopiero co wykluć się dżararałem.
Zołzik wszedł po schodach wiodących na podwyższenie z portalem. Senahe mocniej złapała się siodła. Bała się przejścia przez portal. Myślała że będzie to coś takiego, co czuła w Salach. Jednak zdała sobie sprawę że nie potrafi przywołać tego uczucia ani niczego co było w salach. Były to same jałowe wspomnienia, bez żadnych uczuć ani emocji. Zupełnie tak jakby jakaś siła będąca w tym przeklętym budynku wyzbyła ją wszelkich odczuć. Im bardziej o tym myślała tym bardziej przerażona była.
Opuściła głowę nie chcą wiedzieć tej głębokiej czerni do której się zbliżali.


5

poniedziałek, 8. październik 2018, 21:27

_______
Osobiste podziękowania dla rybaka za użyczenie imienia Zołzik :love: To imię to sens tego jaszczura 8)
HaHa! Niespodzianka :P . na ten czas to tyle dobrości :D . Jestem w trakcie pisania reszty opowiadania, ale chciałam by ten tekst ujrzał światło dnia zanim starość mnie zaskoczy. Tekst mam nadzieję wkleiłam we właściwej kolejności gdyż całości od razu nie da się rady wkleić .
Dziękuję Ci że tu byłeś i czytałeś :love: